KULINARIA

Najbardziej egzotyczne potrawy, jakie mieliśmy okazję spożywać.

ŻABA

Jest to rodzaj żaby, która jest duża, więc opłaca się ją upolować, bo i mięsa ma dość dużo. Mieszka w specjalnie wykopanych norach, poza którymi nie jest łatwo ją zastać. Dlatego, żeby na nią zapolować najlepiej nastawić wnyka przy wyjściu z nory.

Jej mięso jest smaczne, choć trochę gumiaste. Najbardziej byliśmy zdziwieni jego kalorycznością i obszernością, jest go na pewno dosyć, aby dorosły człowiek najadł się do syta.

Jeśli komuś nie sprawi problemu wygląd samej potrawy, bo trudno nie zauważyć że to nie jest kurczak, to podczas jedzenia będzie miał przyjemne doznania.

SURI

Są to larwy białego koloru, osiągają spore rozmiary i są powszechnym daniem amazońskiej kuchni. Otóż w Amazonii jeśli palma aguajes nie daje owoców, to się ją ścina jako drzewo bezużyteczne. Po miesiącu od ścięcia w jej pniu wylęgają się larwy SURI, które właśnie w tym okresie najlepiej nadają się do przyrządzenia. Jeśli do pnia zajrzymy zbyt późno, to larw już nie będzie, bo przepoczwarzą się w robaki, które kiedyś znowu w ściętej palmie złożą swoje jaja aby historia zatoczyła koło.

Jedliśmy je przyrządzone na sposób polskiego szaszłyka, czyli nabite na patyk i podpiekane na grillu. Jednak słyszeliśmy, że można je również gotować, przyrządzać w cieście a nawet zjadać na surowo.

Po przegryzieniu dużej larwy roznosi się mało przyjemny zapach, a rozpływająca się w ustak ciecz ma lekko mdlący posmak. Jednak dla ludzi obytych z tą potrawą są bogatym w proteiny przysmakiem, czy nawet przepisywanym przez miejscowych curanderos lekarstwem.

JAJA ŻÓŁWIA

Te dostępne w Iquitos, na targu w Belem, jaja są prawdziwym rarytasem. Już ich zielony kolor bardziej wskazuje na marsiańskie konotacje aniżeli pochodzenie od ziemskiego stworzenia. Są bardzo słone, jednak smakują dobrze.

KAJMAN

Kajmana jedliśmy dwukrotnie, za każdym razem podczas pobytu w peruwiańskiej dżungli.

Jedzenie kajmana to prawdziwa gratka, ponieważ nie ma wielu restauracji, które serwują tę potrawę. Mieliśmy okazję nie tylko go zjadać, ale również własnoręcznie na niego zapolować. Jego smak na każdym robi ogromne wrażenie. Jego mięso jest niezwykle delikatne, jakby coś pośredniego pomiędzy mięsem z ryby a lądowego zwierzaka. Należy zaznaczyć, że jedliśmy mięso małego a co za tym idzie młodziutkiego kajmana, więc nie wiem jak sytuacja wygląda z większym osobnikiem. W każdym bądź razie to jedna z tych potraw, którą zapamiętamy do końca życia i bynajmniej nie dlatego, że jej nazwa brzmi egzotycznie, ale przez to jak smakuje.

PIRANIE

Zawsze trzeba pamiętać o tym, żeby zabić piranię zanim się ją zdejmie z haczyka, lub wyplącze z sieci, jej ząbki wchodzą bowiem w ludzką skórę niczym nóż kuchenny w kostkę ciepłego masła.

Te budzące powszechną grozę stworzenia tak naprawdę nie są groźne dla człowieka, a wręcz przeciwnie, to dzięki nim, może on utrzymać się przy życiu w lesie tropikalnym, w którym wbrew pozorom nie jest łatwo o pożywienie, a ryby złowić jest najprościej.

Jest wiele rodzajów piranii, niektóre są większe, inne mniejsze, niektóre smakują lepiej, inne gorzej. Niemniej jednak, w dżungli rzadko kto przywiązuje szczególną uwagę do walorów smakowych. Zwykle wszystko co się da zjeść, smakuje wyśmienicie. Być może właśnie dlatego tak mile wspominam uczty, w których przewodnią rolę odgrywało danie z piranii.

Są również piranie roślinożerne, czyli nie wszystkie żywią się mięsem i padliną.

MAŁPA

Małpę można skonsumować podczas wyprawy do dżungli, chociaż nie wszyscy myśliwi z ochotą na nią polują. Nie znam restauracji, w której serwowane byłoby to danie.

Niektórzy wystrzegają się polowania na małpy, uznając to za świętokradztwo. Wszystko zależy od rejonu świata w którym jesteśmy i panujących tam zwyczajów. Poza tym, w miejscach turystycznych, z wybudowanymi w dżungli domkami, małp jest niewiele, więc należy je chronić i miejscowi nie chcą ich zabijać. Wreszcie jest je bardzo trudno upolować, ponieważ są inteligentne i niezwykle płochliwe, lubią przebywać wysoko, w koronach drzew, gdzie ustrzelić je może tylko wprawny myśliwy.

Nie jest to danie najbardziej zachęcające do konsumpcji, z uwagi na fakt, że po przyrządzeniu z wyglądu bardziej przypomina opieczone niemowlę, niż smakowity kąsek.

PIES

To jedna z ciekawszych kulinarnych historii jakie spotkały Łukasza. Otóż pewnego razu, kiedy podróżował po wyspach Indonezji został zaproszony przez napotkanego na statku miejscowego do jego domu w gościnę. Po przybyciu na miejsce, gospodarz grzecznie zapytał, czy lubi psy? Łukasz widząc kilka wałęsających się kundli po obejściu odparł, że nie ma nic przeciwko nim, sądząc, że pytanie odnosiło się do jakichś ukrytych lęków przed czworonogami, bądź ewentualnego na nie uczulenia. Wielkie było jego zdziwienia, kiedy przyszła pora obiadowa, a na jego talerzu, jako honorowego gościa rodziny, wylądował psi łeb ze szczerzącymi się jeszcze zębami. Na domiar tego pozostały w domu pies, nerwowo biegał okazując niepokój, tak jakby czuł co się stało z jego niedawnym kolegą. W obliczu tak rozegranych wydarzeń, Łukasz tylko spróbował zaserwowanego dania, jednak nie był w stanie go dokończyć.

SZARAŃCZA

Smażoną szarańcze mieliśmy okazję kosztować w Indochinach. Jest ona niezwykle popularna w Tajlandii, gdzie pozna nią, można kupić na ulicznych straganach niemal wszystko, tzn. mrówki, larwy, najprzeróżniejsze owady.

Poza tym, w Kambodży zostaliśmy zaproszeni do domu miejscowej rodziny. W trakcie wizyty kilkoro z pośród domowników zniknęło na dłuższą chwilę. Po powrocie okazało się, że poszli nałapać szarańczy w specjalne siatki. Na naszych oczach ją przyrządzili, abyśmy wszyscy mogli się nią delektować. Należy powiedzieć, że jest bardzo smaczna, nieco przypomina nasze chipsy, bo jest słona i chrupiąca. Zjada się ją w całości. Jest bogata w białko i bardzo odżywcza. Aż trudno uwierzyć, że w pogardzie ją mają wszystkie kuchnie europejskie.

LIŚCIE KOKI

Liście koki nie służą do jedzenia, a do żucia. Niemniej jednak zaspokajają apetyt i budzą ogromne zainteresowanie wśród przyjezdnych, dlatego zdecydowaliśmy się je tu zamieścić.

Legalne są dostępne jedynie w dwu krajach Ameryki Południowej – w Peru i Boliwii. Poza tym, że produkuje się z nich kokainę, to od wieków służą miejscowym za normalną i powszechnie stosowaną używkę, podobnie jak u nas kawa, czy papierosy. Powodują podniesienie odporności organizmu, niwelują uczucie głodu i zmęczenia. Ich żucie znacznie podnosi wydajność organizmu. Pod ich wpływem można pracować kilkanaście godzin, w ogóle nie czując zmęczenia.

Dla zwiększenia mocy ich działania, miejscowi żują je zwykle w towarzystwie jakiejś substancji o odczynniku zasadowym. Tą substancją może być np. popiół. Na targach można kupić „liptę”, która w postaci ciemnych grudek, czy słodkich tabliczek sprzedawana jest w celu zwiększa efektywność wydzielania się z liści ekstraktu kokainowego. „Lipta” można kupować w różnych smakach i postaciach. Na północy Peru spotkaliśmy się również z tym, że kokę żuje się po prostu z wapnem, co ma bardzo zły wpływ na uzębienie, ponieważ wypala jamę ustną.

Kiedyś kokę rzuć mogli tylko Inkowie i najwyższa kasta społeczna, dziś jest ona domeną najbiedniejszej warstwy społeczeństwa. Przyzwyczaić się do niej jest trudno, nie mówiąc o uzależnieniu. Dzieje się tak za sprawą smaku liści, który nie jest najbardziej wyszukany i przyjemny. Dopiero po kilku miesiącach regularnego żucia można do niego przywyknąć i zażywać kokę z przyjemnością, wtedy oczywiście można się również od niej uzależnić i zaobserwować objawy związane z zespołem odstawienia.

Warto przypomnieć, iż napój Coca-cola wszedł na rynek w 1886 r. jako mieszanka ekstraktów krzewu koka i nasion drzewa kola. Reklamowano go jako “wartościowy napój pobudzający umysł i leczący wszystkie nerwowe przypadłości”. Do 1903 r., typowe opakowanie zawierało około 60 mg kokainy. Dzisiejsza Coca-cola nadal zawiera ekstrakt z liści koki – The Coca-Cola Company importuje obecnie około ośmiu ton liści rocznie. Jednak zabieg ten skutkuje jedynie w walorach smakowych, gdyż narkotyk jest usuwany.

Liście koki są traktowane przez niektórych jako zemsta Inków pozostawiona hiszpańskim najeźdźcom. Z perspektywy późniejszej historii tej rośliny, czyli wyprodukowania czystej kokainy, milionów uzależnionych osób, wojen narkotykowych siejących śmierć i spustoszenie wśród białej społeczności, trudno nie dopatrzeć się logicznego powiązania, pomiędzy barbarzyńskim najazdem inkaskiego państwa a późniejszą kokainową plagą opanowującą cały świat.

W Peru i Boliwii bardzo popularna jest również herbata z koki, która w przeciwieństwie do liści w czystej postaci jest bardzo smaczna. Herbata jest bardzo ceniona wśród miejscowych społeczności, szczególnie zbawienny wpływ ma na łagodzenie objawów choroby wysokościowej, w tej części świata występującej pod nazwą „soroche”.

ŚWINKA MORSKA

Świnka morska jest bardzo popularnym daniem w takich krajach jak Peru, Boliwia, czy Ekwador. Można ją zjeść w górach, w domach miejscowych Indian, jak również w mieście w restauracji. Jest bardzo cenionym przysmakiem, choć trudno się jej mięsem najeść do syta, ponieważ nie ma go dużo. Najlepszą częścią jest głowa, która choć wygląda najmniej apetycznie zawsze jest przeznaczona dla najznamienitszego gościa.

Świnki morskie żyją zwykle w górskich chatach, gdzie mają specjalne zagrody, ale bardzo często biegają luzem po klepisku. Nie wymagają dużej troski i żyją bardzo szybko, już po dwóch miesiącach od przyjścia na świat nadają się do jedzenia. Wydają się większe niż te, które u nas trzyma się w domach ku uciesze dzieci. To pewnie przez to, że mają inne przeznaczenie, więc im większa tym lepsza.

W większości restauracji Ekwadoru nie można zamówić świnki od ręki, trzeba to robić z przynajmniej jednodniowym uprzedzeniem, a dzieje się tak dlatego, że w mieście jej ludzie nie hodują, a żeby była smaczna to musi być świeża.

W mojej ocenie mięso smakuje bardzo dobrze, choć dużo zależy od przyrządzenia. Jadłem świnki kilka razy w różnych krajach i raz tylko mi bardzo nie smakowała, ale to pewnie przez to, że była zimna. A zatem przestrzegam przed jej spożywaniem na zimno, zawsze musi być gorąca i dobrze wypieczona.

KRABY I ŚLIMAKI

Podczas naszej pierwszej wizyty w dżungli Darien zabrakło jedzenia, więc byliśmy zmuszeni korzystać tylko i wyłącznie z tego co miała do zaoferowania matka natura. Nie było tego dużo i nie było o to łatwo, zwłaszcza, że ciągle trzeba było przeć do przodu i na walkę o posiłek nie pozostawało dużo czasu. Szczęście, że nie byliśmy sami. Mieliśmy ze sobą miejscowego przewodnika, który wiedział jak nałowić krabów i gdzie można znaleźć ślimaki. Głód był tak duży, że kraby zjadaliśmy w całości, z pancerzem chitynowym włącznie. Ślimaki smakowały wybornie, miałem wrażenie, że znacznie lepiej niż w najlepszej francuskiej restauracji. Zasmakowałem w nich tak bardzo, że jak będę miał tylko okazję to na pewno je jeszcze skonsumuję, być może tym razem będę mógł je po prostu zamówić i zjeść z jakimś dodatkiem, albo przyrządzone na trzy różne sposoby.

SERCE PALMY

Serce palmy, zwane w różnych krajach palmito, chonta lub swamp cabbage jest potrawą warzywną pozyskiwaną z rdzenia młodego, rosnącego pnia określonych gatunków palm. Potrawa jest droga, ponieważ pozyskiwanie jej w warunkach naturalnych oznacza ścięcie, a więc śmierć drzewa. Serce palmy serwowane jest najczęściej w sałatkach, z których najkosztowniejsza (Deckenia) nazywana jest “sałatką milionerów”.

Podczas pozyskiwania jadalnej części hodowlanej palmy usuwa się korę i zdrewniałą warstwę podkorową, a zostawia się jedynie biały rdzeń, wraz z białą warstwą ochronną, zawierającą nieco więcej włókna. W czasie dalszej obróbki usuwa się włókno zostawiając jedynie jadalny rdzeń, który – ze względu na delikatny smak – uważany jest za wyjątkowy przysmak.

Będąc w Amazonii osobiście musiałem ściąć palmę, której bardzo niewielki fragment mieliśmy potem skonsumować. Jadalna i niezwykle smakowita część mieście się bowiem na samej górze drzewa, więc najpierw trzeba je ściąć, żeby się tam dostać. Kosztuje to bardzo dużo wysiłku, a efekt jeżeli chodzi o ilość pozyskanego pożywienia jest bardzo mizerny. W najmniejszym stopniu nie są jednak przesadzone walory smakowe tego dania. Była to z pewnością jedna z najsmaczniejszych rzeczy jakie jadłem w życiu!

SOK Z LIANY

Któż z nas nie oglądał filmów, nie czytał książek i ogólnie nie nasłuchał się o tym, jak łatwo w dżungli zaspokoić pragnienie poprzez przecięcie liany i wypicie zmagazynowanej tam wody. Niestety rzeczywistość jak zwykle okazuje się nieco inna niż nam się wydaje. Już podczas pierwszej wizyty w dżungli dość szybko mamy okazję się przekonać, że lian z wodą nadającą się do picia wcale nie ma dużo, trzeba wiedzieć gdzie ich szukać, które ścinać i w jaki sposób to robić. Najważniejsze jednak jest to, że wody, czy może trafniej to ujmując soku, nie ma tam wcale dużo. Biorąc pod uwagę zapotrzebowanie człowieka na płyny w strefie tropikalnej, lepiej mieć zapas w bukłaku ze sobą, niż liczyć na to, że zapobiegawczość przyrody całkowicie nas pod tym względem wyręczy.

Tags: ,

0 Comments

You can be the first one to leave a comment.

Leave a Comment


Designed by WPZOOM